Pamięć o Marszu Śmierci wciąż żywa
25 stycznia 1945 komendant Stutthoff wydał specjalny rozkaz o ewakuacji więźniów do obozu zastępczego w Lęborku. W środku zimy, w siarczystym mrozie, jedynie w obozowych pasiakach, często na boso – tak szli, a dla większości z nich była to pewna śmierć. Dla upamiętnienia tych tragicznych wydarzeń w gminie Pruszcz Gdański powstały miejsca pamięci w Juszkowie i w Straszynie.
Podczas mszy w intencji 11 tysięcy uczestników Marszu Śmierci ze wspomnieniami ojca – jednego z nielicznych, którzy piekło wojny przeżyli – podzieliła się córka dr Halina Drozd. Jej relacja wstrząsnęła słuchaczami.
- Więźniowie otrzymali prowiant na dwa dni drogi: po pół kilograma chleba i pół kostki margaryny lub smalcu. Część więźniów zjadła otrzymaną żywność natychmiast – mówiła – Mój tata jeszcze przed wyjazdem z obozu otrzymał w paczce od siostry suszony chleb i zbrylony cukier. Te zapasy pozwoliły mu przeżyć marsz.
Trasa Marszu Śmierci wiodła od Mikoszewa, przez Świbno, Cedry Małe, Cedry Wielkie, do Pruszcza Gdańskiego, gdzie więźniowie nocowali w namiotach przy 20-stopniowym mrozie.
- W każdym namiocie spało około 80 więźniów. Ci, którzy spali od zewnętrznej strony, umierali z wyziębienia – opowiadała dalej. – Więźniów, którzy nie mieli sił rano iść, dobijano. Trupy składano przy bramie głównej lotniska.
Z Pruszcza więźniowie ruszyli do Żukowa. Szli m.in. przez Juszkowo i Straszyn. Z uwagi na śnieg po kolana, drogę wyznaczały słupy telegraficzne.
- To był bardzo trudny etap marszu, gdyż od dwóch dni więźniowie nie otrzymali żadnej żywności. Kto nie miał siły iść, był zabijany strzałem w głowę. Kolumna szła dalej po trupach – wyjaśniła Halina Drozd.
Z Żukowa więźniowie wyruszyli w kierunku Kartuz.
- Kaszubska ludność rzucała więźniom chleb, gotowane ziemniaki, buraki. Tacie raz udało się złapać cały bochenek, jednak napór współwięźniów na niego był tak duży, że musiał go odrzucić. Inaczej nie uszedłby z życiem – przyznała jego córka.
Więźniowie kierowali się do Lęborka, ale ostatecznie rozlokowano ich w różnych podobozach. Ojciec pani Haliny trafił do Rybna. Po 12 dniach marszu.
Po mszy władze gminy i powiatu oraz mieszkańcy złożyli pod obeliskami pamięci kwiaty oraz zapalili znicze.
















